Co mają gimnazja do jakości kształcenia?

Coraz bliżej koniec roku szkolnego. Od września czeka nas nowa szkolna rzeczywistość. Muszę przyznać, że z dość dużym niepokojem obserwuję całą tą sytuację i zastanawiam się czy gimnazja naprawdę są aż takie złe. Dlatego chciałabym spojrzeć na całość z nieco innej perspektywy.

Królik doświadczalny

Byłam dzieckiem reform. Zaczynałam 8-klasową podstawówkę, kończyłam już 6-letnią. Jestem z pierwszego rocznika, który zdawał „prawdziwy” egzamin szóstoklasisty. W tzw. międzyczasie zaliczyłam kilka zmian podstawy programowej, co zaowocowało między innymi tym, że dwa lata pod rząd miałam na historii ten sam materiał [sic!]. Do tego wściekłe, jak na tamte czasy, ceny podręczników, których nie można było ani odkupić od starszych roczników, ani odsprzedać młodszym. Gimnazjum przetrwałam w miarę bezboleśnie, bez szalonych zmian i reform, żeby w liceum dowiedzieć się, że moja szkoła wybrała ten drugi możliwy program nauczania geografii [sic!]. W związku z tym umiałam zupełnie inne rzeczy niż większość moich nowych koleżanek i kolegów. I jak już miałam nadzieję, że dotrwam spokojnie do końca szkoły, to trafiły się zmiany w maturach. Obowiązujące od razu, czyli w moim przypadku na kilka miesięcy przed egzaminami. To nic przyjemnego z dnia na dzień dowiedzieć się, że matury ustne będzie się zdawać przed „obcym” nauczycielem, a nie swoim „oswojonym”.

Czy czuję się przez te wszystkie zawirowania głupsza? Ani trochę. Bo tak naprawdę nie chodzi o to czego się uczymy, ale w jaki sposób.

Gimnazjum – siedlisko wszelkiego zła

Z różnych źródeł nasłuchałam się jaka to ta gimbaza zła, jak się jej nie chce uczyć i w ogóle. Bez wątpienia jest w tym ziarno prawdy, ale ja gimnazjum wspominam całkiem miło. Przez te trzy lata pomiędzy podstawówką a liceum nauczyłam się bardzo dużo. To wtedy dałam się zauroczyć chemii oraz geografii. I mimo, że nie mam z nimi kontaktu na co dzień, to sentyment został. W gimnazjum pisałam wiersze i jakoś nikogo to nie dziwiło, że matematyczka daje sobie radę z językiem polskim. Wtedy też rozbudziła się moja pasja do języków obcych, których ciągle mi mało. Oczywiście nie jestem bezkrytyczna. Moim największym bólem życia są wprowadzane w gimnazjum zależności między bokami i kątami w trójkącie. Dzięki nim do tej pory mam problemy z trygonometrią. Naprawdę nie rozumiem po co uczyć tego samego dwa razy, dwoma różnymi sposobami. To przykre, że niektóre zagadnienia są na siłę upraszczane, co potem może znacząco utrudnić nauczenie się ich tak, jak to powinno być od początku.

Gimnazjaliści wcale nie są za głupi na to, żeby zrozumieć podstawy trygonometrii czy wzory skróconego mnożenia. Tak samo z wieloma zagadnieniami praktycznie z każdej dziedziny. Wystarczyłoby dać im szansę. W mojej klasie od razu można było wyróżnić kilka frontów. Byli przyrodnicy, którzy swój czas wolny spędzali w pracowni biologii. Była grupka humanistów pisząca przynajmniej trzy razy dłuższe wypracowania, niż pozostała część klasy. Byli sportowcy poświęcający się kilkugodzinnym treningom. I byłam ja – licząca wszystko co się dało policzyć i to nie tylko na matematyce. Fajnie nam się żyło w tej mieszance, a przede wszystkim chciało nam się chcieć. Nam i naszym nauczycielom. To oni każdego dnia pokazywali nam, że można i że warto. Chyba tak naprawdę na tym powinna polegać szkoła.

Reforma reformą ale…

Polskiemu systemowi szkolnictwa potrzebna jest gruntowna reforma, ale to nie gimnazja są tu problemem. Zła jest każda reforma wprowadzona dla samego faktu wprowadzenia. Jak widzę, że 8-letnia szkoła podstawowa ma się składać z 4-letniego okresu podstawowego i takiego samego okresu gimnazjalnego, to krew mnie zalewa. Teraz cztery lata poświęcimy na naukę pisania i czytania. Dodatkowo dowiemy się, że od V klasy będziemy się uczyć zupełnie inaczej. Tak zapobiegawczo, żeby nie przeżyć za dużego szoku. Potem w ciągu kolejnych czterech lat dostaniemy skumulowaną dawkę wiedzy, która obecnie jest podzielona na sześć lat. Boję się, że w efekcie pierwsza klasa liceum/technikum będzie służyć nadrobieniu potencjalnych braków i wyrównywaniu poziomu. A całość skończy się kolejnymi cięciami w podstawie programowej.

Jako dziecko z rodziny nauczycielskiej od małego mam kontakt, z różnymi spojrzeniami na edukację. Miałam okazję przeprowadzić wiele rozmów z nauczycielami. Wniosek jest jeden: szkoła nie uczy, szkoła realizuje założenia programowe. Nie raz spotkałam się z opinią, że nauczyciele wczesnoszkolni nie mogą poświęcić wystarczającej ilości czasu chociażby na naukę czytania. A potem dziwimy się wynikami badań poświęconych czytelnictwu. Z mojego punktu widzenia lepiej by było gdyby przez pierwszy rok czy dwa skupić się na nauce czytania, pisania, wykonywania prostych obliczeń, itp. A dopiero później, z roku na rok, wprowadzać kolejne zagadnienia – niekoniecznie sztywno opakowane w ramy konkretnego przedmiotu. Ale to już oddzielny  temat.

Matematyczka z humanistycznym zacięciem. Na co dzień zajmuję się mediami społecznymi i projektowaniem graficznym. Po godzinach staram się przekonać wszystkich wokół, że matematyka jest fascynująca i nie taka trudna jak się wydaje.
Scroll to top